piątek, 23 lutego 2018



Bułka z masłem..?

O. Ściągnęłam nową aplikację do pisania postów. Jest nadzieja, że teraz będzie mi łatwiej wrzucać aktualizacje ;)
Niestety, Bitmoji wymusiło zmianę awatarów na tę nową, "lepszą" wersję. Średnio mi się podobają :/ Teraz już nie wyglądam na nich, jak ja ;(

Sprawa z tomografią się naprostowała - moja ulubiona Onkolożka zaleciła kontrolę za trzy miesiące, spokój ducha i chillout. Podobno takie niewielkie wahania to nic specjalnego.
A, że moja morfologia jest perfekcyjna (!!!), to nie ma co się martwić na zapas. Nawet próby wątrobowe w normie. A marker niziutki, jak nigdy przedtem! Normalnie wahał się gdzieś między 40 a 80, teraz siedzi sobie na poziomie... 8. Cud, miód, malina :)

No, ale było za wesoło. Właśnie dostałam trzecie L4 w tym roku (pierwsze było po TK, drugie na wizytę u onkologa). Bo mi się przyplątało zapalenie spojówek. Kurwa.
Zaczęło się od ostrej migreny. Dzień później całe prawe oko wyglądało już jak dorodna śliwka. Na pogotowiu okulistycznym dostałam antybiotyk ze sterydem ("ukochanym" deksametazonem, rwa). Dzisiaj byłam na kontroli i podobno ładnie się goi. Jest nadzieja, że w ciągu tygodnia wyzdrowieję.

Dzisiaj rano wyglądałam tak:

I to już jest stadium "lepiej". W środę było dużo, dużo gorzej.
Jako, że światło mnie niesamowicie razi to popierniczam w okularach przeciwsłonecznych. Wyglądam jak jakaś gwiazda, czy inna agentka (chyba specjalnej troski ;)).


Mam nadzieję, że nie wyrzucą mnie z pracy przez to ciągłe chorowanie. Nie moja wina, że mam niską odporność. Ponad trzy lata spędziłam w domu, dokładniej w łóżku lub na kanapie, potrzebuję czasu, aby się uodpornić na te wszystkie zarazki i wirusy.
Staram się jak mogę!

Wszystko to jakieś pokićkane. Czy życie nie może być proste?
Ja rozumiem, że jestem chora, że słaba, że trochę za wcześnie wyrwałam się do powrotu do pracy, ale... No, Losie brutalny, ja chcę normalnie żyć!

Kilka dni temu popłakałam się nad śniadaniem. Jadłam bułkę z masłem.
Bułkę. Z masłem.
Długi, długi czas nie stać nas było ani na bułki, ani, tym bardziej, na masło.
To była tak prosta rzecz, kilka lat temu tak codzienna, a mi się zdała luksusem i szczytem szczęścia.
Nie chcę znowu ledwo wiązać końca z końcem.
Chcę pracować. Czy to tak dużo?
Zdrowie, opanuj się. Proszę.

piątek, 9 lutego 2018



Alien: dogrywka?

Pierwszego lutego byłam na kontroli u onkologa. Wizyta trwała trzy minuty (po zaokrągleniu, w górę). Dostałam skierowanie na TK.

Terminy na tomografię w Katowickim Centrum Onkologii są długaśne. Do tego sam proces jest skomplikowany:
pierwszego dnia przyjeżdżasz, masz tomografię klatki,
siódmego dnia powtórka - przyjeżdżasz, cztery godziny pijesz kontrast (który jest obrzydliwy i chce się od niego rzygać), masz TK brzucha i miednicy.
Jak nie ma obsuwy to fajnie. Gorzej, jak jest - cały dzień w dupie. Po dwóch tygodniach przyjeżdżasz po wyniki.
Czyli jakieś dwa tygodnie na L4, żeby dojść do siebie po każdym badaniu. Bo im więcej masz tomografii, tym gorzej znosisz każdą kolejną.

No to ja wykombiniłam, że zrobię sobie tomografię prywatnie, na Fundację. Jeszcze tego samego dnia obdzwoniłam wszystkie zainteresowane instytucje. Na infolinii Helimedu powiedzieli, że oczywiście, robią tomografię na faktury proforma, tylko trzeba to zgłosić przed badaniem.

Dobra, następuje poniedziałek, robię kreatyninę.
Wtorek - odbieram wyniki kreatyniny, załatwiam u rodzinnego L4 na trzy dni (mam tak ułożone zmiany, że trzy dni zwolnienia robiły pięć dni wolnego). No i już we wtorek (!) tomografia - wszystkie trzy za jednym razem. Wszystko przebiega całkiem sprytnie, dwie godzinki piję kontrast (który jest bez smaku! normalnie jak woda!). Po dwóch godzinach jestem po badaniu.
Tu zaczynają się schody. Przy rejestracji mówiłam, że badanie ma być na fakturę proforma, ale babka w rejestracji stwierdziła, że to dopiero po badaniu będziemy załatwiać.
No to idę. Po badaniu. Rozmowa:
Ja - Będzie na fakturę proforma.
Rejestratorka - Dobrze. Płatność kartą czy gotówką?
Ja - No... przelewem? Faktura proforma.
R - Ale co to znaczy to proforma? Przecież do faktury potrzebuję paragonu.

No i pizda blada, zjebało się, za dobrze żarło. Kobieta nigdzie nie zadzwoniła. Nic nie załatwiła. Czułam się jak złodziejka i oszustka. Po półtorej godziny udało mi się załatwić z Panią Basią z Fundacji "Gwiazda Nadziei" zwrot "od ręki".
Mamuśka zapłaciła ze swojej karty, jeszcze tego samego dnia dostała zwrot z Fundacji.
No ale... Półtora godziny siedziałam jak idiotka w poczekalni, czekając sama nie wiem na co. Głodna, zmęczona, słaba.
A ta *peeeeep* nie wykonała nawet jednego telefonu, żeby to załatwić. Nic. Zero.
Jestem w trakcie konstruowania oficjalnej skargi. Nie wiem dokładanie, czy na kobietę z infolinii, za wprowadzenie mnie w błąd, czy rejestratorkę, która nie umiała wystawić faktury proforma.
Ale skarga będzie. Nie po to idę prywatnie, żeby czuć się jak śmieć. I oszustka.

No ale mniejsza. Dzień później (!) już były wyniki.
I znowu kaplica. Progresja.
Jeden węzeł chłonny urósł z 6mm na 19mm. Jakiś pod krtanią. Nie wiem, co się tak wysforował. I czego ode mnie chce. Reszta węzłów chłonnych też poszła po 2-4mm do góry. Wątroba i kości bez większych zmian.
No ale we wnioskach i tak jak byk pisze, że "progresja poniżej 20%".

No to jazda, rejestruję się do onkologa. Udało się wepchać na piątek, czyli dzisiaj.
Jechałam z rodzicami (bo Tatusiek też próbuje się do onkologa załapać), na miejscu byliśmy o 8:45.
Podchodzę do rejestracji, a tam... już lekarz chce wychodzić. A ja miałam na 8:50!
No i się wkurzył. Miły nie był.
Zobaczył wyniki. Stwierdził, że brzydkie przyniosłam. I dał skierowanie na chemioterapię.

Zapisałam się do mojej ulubionej onkolożki, na poniedziałek. Zobaczymy, co ona powie.

Powinnam być smutna, zdruzgotana, załamana.
Ponad pół roku cieszyłam się codziennością, odzyskałam swoje normalne życie, wróciłam do pracy, odbudowałam zwykły świat szarodzienności.
A tu zonk. Powrót do leczenia.


A ja nie czuję nic. Tylko pustka, spokój. Lekkość bytu. Patrzę na słońce za oknem, uśmiecham się. Zapominam zupełnie, że cały mój świat ma zaraz na nowo runąć.
Mam to w dupie.
Czuję się dobrze. Miałam w grudniu chwilowy spadek formy, ale już jest ok.
A oni chcą mnie wypchać znowu na chemię.
I znowu mam patrzeć na napis w dokumentach: "Chemia paliatywna"?

Życie jest cholernie niesprawiedliwe.
Jeszcze zjebał mi się blender. To już całkiem katastrofa. Czym zrobię sobie mus jabłuszkowy? ;(
Ech... Zgiń, przepadnij, siło nieczysta!

czwartek, 8 lutego 2018



Nie jest ok

Na krótko: wczoraj odebralam wyniki TK i nie jest dobrze. Źle też chyba nie.
Jutro jade do onkologa (znowu) i będę więcej wiedzieć.

Nic nie piszę, bo mam cholerny bałagan w glowie.
Musze wszystko przetrawic, na spokojnie.

wtorek, 30 stycznia 2018



Broken down

Psuję się. Coraz częściej coś mnie boli. Zwykle wątroba, ale plecy, żołądek, kości wszelakie, nie pozostają w tyle. Oczami wodzę po mieszkaniu: tyle rzeczy bym porobiła!
Malować się chce, posprzątać w małym pokoju, a i szafę ogarnąć. Ale leżę, z kotami i termoforkiem. Wieczorem niby do pracy, ale jak się nie poprawi to urlopik na żądanie. Czyli leżę.
W czwartek do onkologa. Czuję, że tak na 90% znowu wyląduję z chemią. Ale ból powoli robi się tak nieznośny, że nawet średnio mnie to rusza.
Byle, po prostu, przestało boleć...


Nie wiem, czy to kwestia pory roku, bo zawsze zimą czuję się dużo gorzej niż latem, czy to kwestia jebanego raka. Czy też stres daje mi popalić. Nie ukrywajmy, na wieść o kontroli u lekarza raczej nie skaczę z radości ;)

Nic już nie wiem.
I nie wiem, czy chcę wiedzieć.

środa, 24 stycznia 2018



Mięso z bułkami.

Próbuję naginać czasoprzestrzeń. I z bólem odkrywam, że nie da się jednocześnie:
- czytać i wyszywać,
- czytać i malować,
- czytać i pisać,
- czytać i pracować,
- czytać i spać.

Wracam mentalnie do czasów nastoletnich. Bo ja byłam tym dziwnym typem człowieka, który całe dnie siedział z nosem w książkach. I znowu to robię!
Dla jednych książki to tylko zlepek liter, wyrazów, zdań.
Dla mnie to inny, lepszy świat. 
Pełen możliwości.

Jakiś czas temu utknęłam w życiu. Leżę i kwiczę, a gdy nie leżę i kwiczę to leżę i czytam. W książkach mam wybór. Mogę wybierać, co przeczytam, co mi się podoba, w jakim świecie chcę dzisiaj zamieszkać.
Niestety, na co dzień człowiek nie ma wyboru.

Gdzie nie spojrzę, tam ludzie.
Ludzie, pełni swoich pretensji do innych, swoich narzekań i marudzeń.
Ludzi, którzy czują przymus gnębienia innych.
Wiem, że każdy jest inny, że nie mogę wymagać, aby każdy był miły, inteligentny i wrażliwy.
Ale niektórzy czasem po prostu przeginają.

Miałam dzisiaj bardzo zły dzień w pracy. Klienci jakby zmówili się, że będą na każdym kroku uniemilać mi czas. Albo się kłócili o kolejkę (i weź zdecyduj, czy pierwszeństwo ma ciężarna, czy małżeństwo 70+...), albo narzekali na długie kolejki (które dzisiaj były wyjątkowo krótkie), albo pytali mnie o to, gdzie znajdą Świętego Graala i ile on kosztuje.
Albo twierdzili, że kasa źle zsumowała kwoty na paragonie (ke?!).
Oczywiście ośrodkiem całego zła w supermarkecie byłam ja.
Mam wrażenie, że wręcz przyciągałam dziwne elementy.
Jestem ciekawa, ile skarg dzisiaj na mnie poszło, bo po trzech godzinach w ogóle przestałam się kryć z moimi morderczymi zapędami.
Byłam dzisiaj Mistrzynią Ciętej Riposty (co jest dość dziwne, bo ja zwykle szara, miła, grzeczna mysia), Kobiecą Siłą Armagedonu, Zignorowaniem Absolutnym, Enklawą Złowieszczego Śmiechu.

Bo ja jeszcze zrozumiem zwykłą głupotę czy nieuprzejmość, ale jak ktoś mi już podjeżdża z tym, że fajnie było, gdy były darmowe jednorazówki to krew mnie zalewa.
Staram się żyć ekologicznie, od ponad tygodnia używam jednej butelki po wodzie mineralnej (nalewam do niej wody z filtra), żeby tylko jakoś zmniejszyć skalę plastikowej zagłady, a mi tu ludzie wyjeżdżają z tym, że jedna jednorazówka nic nie zmieni, że im się one należą, że przecież to tylko siatki, że one nie zagrażają środowisku.

KURWA.
Ciekawe, czy ryby w oceanie mają takie samo zdanie na ten temat.
Żeby to była JEDNA jednorazówka!
One szły na tysiące. Dosłownie. Niektórzy mieli pretensje, że kurczaka pakuję z wołowiną i one się zjedzą nawzajem. Czasami do jednorazówki wkładało się jedną rzecz, bo klient tak sobie zażyczył.
Teraz, co mnie strasznie bawi, jakoś Domestos może być w jednej torbie z bułkami. Albo z rybą. Albo z żelem pod prysznic. Wcześniej jakoś musiał być sam jeden w torbie.
Wystarczy, że siatki przestały być za darmo, a nagle wszystko się da.
Nawet mięso spakować z chlebem.
Hipokryzja level hard.
A niektórzy dalej twierdzą, że jednorazówka im się NALEŻY.
Uhhh. Szkoda gadać.
Współczesne wygodnictwo i ignorancja mnie przeraża.
Bo tak ciężko samemu spakować zakupy do torby wielokrotnego użycia.
Tak ciężko zrobić COŚ, co może wymaga odrobinę zaangażowania, ale za to jest dobre dla wszystkich.

Dlatego lubię książki. Tam ludzie nie są tacy głupi.
A jeżeli są, to szybko giną. Zwykle krwawo. O!